***
Przez okno wpadały ostatnie promienie słońca tego dnia, oświetlając włosy Hermiony Granger, która uparcie wpatrywała się w leżącą przed nią książkę z Obrony Przed Czarną Magią. Do pierwszego dnia szóstego roku w Hogwarcie pozostały tylko trzy dni, więc musiała choć pobieżnie przejrzeć nowe księgi zaklęć. Jednak każdy kto zna tę młodą Gryfonkę, doskonale wie, że „pobieżnie” dla niej, oznacza dokładnie przestudiować podręczniki, w takim stopniu, w jakim wielu uczniów nawet przez rok tego nie zrobi.
Dziewczyna westchnęła z irytacją, nie rozumiejąc o co chodzi z jednym z zaklęć i zamknęła z hukiem podręcznik, po czym odłożyła go na szafkę nocną, a sama zeszła z łóżka, na którym wcześniej studiowała książkę i podeszła do okna. Kiedy spojrzała na krajobraz rozciągający się za szybą, przymknęła oczy i delektowała się ciepłem promieni padających na jej twarz.
Hermiona podniosła powieki jakby coś przeraziło ją w jej marzeniach, które snuła jeszcze przed chwilą. Zdała sobie właśnie sprawę, że wkrótce może nie żyć. Powodem jej śmierci z pewnością będzie nie kto inny jak Voldemort albo jeden z jego popleczników, którzy zrobią dla niego niemal wszystko. Niby wiedziała to od dawna, ale teraz to do niej dotarło, tak w pełni.
Przestała śnić na jawie i jeszcze raz, dokładnie spojrzała na rozpościerający się za oknem krajobraz. Mieszkała w spokojnej okolicy, z dala od zgiełku ulic, więc miała również dość ładne widoki. Ten z jej okna przedstawiał oczywiście całą masę domów, które były niesamowicie do siebie podobne, ale pokazywał również malutki ogródek, który należał właśnie do jej rodziny. Latem lubiła tam przesiadywać, na ławce, wśród pięknych kwiatów, z książką w ręku. To była jej oaza, w której nie musiała myśleć o czyhających niebezpieczeństwach.
- Hermiono, kolacja! – głos matki wyrwał ją z rozmyślań, których i tak nie chciała prowadzić, bo nie przynosiły jej nic dobrego, a chciała w spokoju spędzić te ostatnie dni w domu. W końcu wiedziała, że po tym jak znowu zagości w Hogwarcie, nic nie będzie spokojne, bo teraz nadszedł czas bitwy z Voldemortem, do której ona, Harry i Ron muszą się przygotować.
Dziewczyna nagle potrząsnęła głową, jakby chciała się pozbyć niechcianych myśli i wyszła z pokoju.
***
Draco Malfoy siedział właśnie wygodnie w jednym z foteli znajdujących się w salonie posiadłości swojej rodziny, kiedy do pomieszczenia wszedł jego ojciec. Młody blondyn natychmiast wyprostował się na siedzeniu, jakby obecność ojca do tego zobowiązywała. Mugol z pewnością pomyślałby, że to przez szacunek do rodzica, ale ten kto znał arystokratyczną rodzinę, wiedział, że tak naprawdę Dracon Malfoy bał się ojca, który niejednokrotnie czynił go świadkiem niezbyt miłych scen, kiedy to bił własną żonę. Tak, właśnie tak. Lucjusz Malfoy mimo, że wraz z Narcyzą udawali przykładne małżeństwo tak naprawdę wcale go nie tworzyli. Między nimi zawsze panował chłód, który po bliższym przyjrzeniu się, dało się zaobserwować.
- Witaj ojcze – przywitał się Draco, przy czym podniósł się z fotela i poprawił koszulę, która i tak była już idealna.
- Witaj synu. Chciałbym z tobą porozmawiać – Lucjusz nie zamierzał najwidoczniej pytać syna ani o samopoczucie, ani o cokolwiek innego związanego z jego osobą i jego potrzebami. Jak zwykle miał do niego interes. W końcu zawsze przychodził do syna tylko, gdy czegoś od niego żądał. Tym razem nie było inaczej.
- Jak wiesz, Czarny Pan przystał na moją prośbę dołączenia cię do naszego grona i teraz decyzja należy do ciebie. Chcesz dołączyć do nas i służyć Jemu najlepiej jak potrafisz? – ojciec Dracona mówił bez ogródek, poza tym był pewien, że syn na pewno przystanie na jego propozycje, a raczej żądanie.
Lucjusz spojrzał na syna, którego twarz przybrała dziwny wyraz, trudny do zidentyfikowania.
- Czy widzę na twojej twarzy wahanie?
- Ależ skąd – zaprzeczył szybko Dracon, ale ojciec spostrzegł już, że ten wcale nie jest taki pewny tego czy chce pójść taką drogą jak on.
Ojciec Dracona podszedł do niego szybko i spojrzał na niego wzrokiem nieznoszącym sprzeciwu. Młody Malfoy zadarł głowę lekko w górę, by spojrzeć ojcu w oczy. Robił to z niemałym strachem, jednak niczego nie dał po sobie poznać, dopóki ojciec nie ścisnął jego ramienia tak mocno, że Draco aż syknął. Być może w innej sytuacji by tego nie zrobił, ale zaskoczenie plus mocny uścisk Lucjusza robiły swoje.
- Powiedz, że się zgadzasz. Powiedz, że chcesz służyć Czarnemu Panu – wycedził Lucjusz do swojego syna, który stał jak sparaliżowany. Zajście powstrzymał Greyback, który nagle pojawił się w salonie. Spojrzał najpierw na Lucjusza, a potem na jego rękę ściskającą ramię Dracona.
- Widzę, że przeszkadzam. Jak skończycie, to mnie zawołaj, Lucjuszu. Będę czekał w jadalni.
Śmierciożerca już zaczął się wycofywać z pomieszczenia, ale przerwał mu w tym głos pana domu.
- Już skończyliśmy – powiedział Lucjusz do Greybacka i syna jednocześnie, po czym wyszeptał tylko do tego drugiego – Masz tydzień. Potem wyślesz mi list z odpowiedzią, ale wiedz, że jeśli będzie ona negatywna to gorzko tego pożałujesz.
Po tych słowach puścił syna i podszedł do Greyback’a, z którym wyszli razem, zapewne rozmawiając o planach Czarnego Pana.
Draco spuścił wzrok, ale na jego twarzy nie było widać smutku. Jak zwykle ta sama maska obojętności, którą pokazywał zawsze i wszędzie.
Spojrzał jeszcze przez jedno z nielicznych okien w tej rezydencji i spostrzegł chowające się za horyzontem słońce, które zwiastowało początek nocy. Odwrócił się i szybkim krokiem pomaszerował w stronę swojej sypialni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz