niedziela, 4 września 2011

Rozdział IV


Uczniowie powoli wychodzili z Wielkiej Sali, kiedy Dracon stał przy ogromnych drzwiach czekając aż wszyscy pierwszoroczni zbiorą się obok niego i Pansy Parkinson. Nagle, nie wiadomo skąd, obok Malfoy’a pojawił się opiekun Slytherinu – Snape.
- Kiedy skończysz ich odprowadzać, zejdź do lochów – powiedział profesor.
- Ale..- zaczął Draco, jednak opiekun jego domu natychmiastowo mu przerwał.
- Wiem, że masz spotkanie z profesorem Dumbledore’m, ale ktoś musi cię do niego zaprowadzić. Wątpię byś wiedział jak dostać się do jego gabinetu, więc ja cię tam zaprowadzę.
- Dobrze, panie profesorze – odpowiedział Malfoy, po czym Snape szybko się ulotnił.
Draco spojrzał na Pansy, która wpatrywała się w niego z ciekawością. Już wcześniej to zauważył, ale nie miał zamiaru zaczynać tematu, gdyż nasłuchał się od Zabiniego, który koniecznie chciał wiedzieć po co Dumbledore go do siebie zaprosił, jeśli można to tak nazwać. Oczywiście Draco powiedział mu, że nie wie o co w tym chodzi, co z resztą jest zgodne z prawdą, ale Blaise oczywiście mu nie uwierzył i chyba się obraził. Draconowi jednak w tamtej chwili było to zupełnie obojętne, ponieważ był bardzo ciekaw, czego też może chcieć od niego dyrektor Hogwartu.
- Czemu on cię tam wezwał? – zapytała w końcu Parkinson, widocznie przezwyciężając strach. Od zawsze bowiem bała się Malfoy’a mimo tego, że po części należała do jego paczki i powinni być w dość dobrych stosunkach.
Draco spojrzał na nią przelotnie, po czym znowu utkwił wzrok w pierwszorocznych, którzy już w całości się przed nimi zebrali.
- Niby skąd mam wiedzieć? – wycedził do rówieśniczki, po czym zwrócił się do najmłodszych uczniów Slytherinu – Teraz pierwszoroczni, pójdziecie za mną i moją koleżanką, Pansy. Zaprowadzimy was do waszych dormitoriów, gdzie spędzicie dużą część czasu w tej szkole.
Po tym przemówieniu, Malfoy i Pansy ruszyli w stronę wieży Slytherinu, prowadząc małe dzieci, wpatrujące się z zachwytem we wszystko co było dla nich nowe.

***

Kiedy prefekci Slytherinu odprowadzili już najmłodszych uczniów do ich dormitoriów, Draco pożegnał się oschle z Pansy i wyszedł z Pokoju Wspólnego Ślizgonów, po czym ruszył w stronę lochów.
Idąc, zastanawiał się czego też może od niego chcieć sam Dumbledore. Zazwyczaj to Potter do niego trafiał w niewiadomych celach.
Niemożliwym jest by Draco coś przeskrobał, bo w końcu jest to pierwszy dzień w szkole. Chociaż może Granger na niego naskarżyła za to co wydarzyło się w pociągu. W sumie to było do niej podobne, jak uważał Malfoy. W końcu zawsze stara się być taka idealna i wszystkowiedząca, że nie zdziwiłby się gdyby zechciała na niego naskarżyć. Jednak blondyn obiecał sobie, iż jeśli jego wizyta u dyrektora jest jej sprawką to na pewno go popamięta.
Draco schodził już do lochów, kiedy przed nim wyrósł Snape, jak zwykle pojawiając się prawie niezauważalnie.
- Idziemy! – powiedział lakonicznie profesor i ruszył przed siebie, nie czekając na jakąkolwiek reakcję ze strony ucznia.
Draco nie miał do wyboru nic innego jak pójść za opiekunem swojego domu.
W ciszy szli przez korytarze w większości znane Malfoy’owi, kiedy nagle zatrzymali się przed krętymi schodami, po których Snape zaczął wchodzić po wypowiedzeniu jakiejś formułki, prawdopodobnie hasła. Mimo tego, że schody same się poruszały w górę, to opiekun Slytherinu i tak szybko wspinał się w górę, więc Draco poszedł w jego ślady.
Po chwili stali przed wielkimi, masywnymi drzwiami. Snape zapukał i po usłyszeniu zaproszenia, wepchnął Dracona do środka, a sam odszedł zamykając za sobą drzwi.
Malfoy odwrócił się i spojrzał na zamykające się za profesorem drzwi, a potem powoli skierował wzrok na Dumbledore’a, który siedział rozparty na wielkim fotelu i obserwował go znad swoich okularów-połówek.
- Witaj, Draconie. – przywitał się dyrektor, na co blondyn odpowiedział mu skinieniem głowy i powiedział – Dzień Dobry.
- Chiałbym z tobą porozmawiać. – Dubledore wstał z zajmowanego wcześniej miejsca i zaczął powoli przechadzać się po swoim gabinecie. – Być może domyślasz się już o czym.
- Niestety nie. – odpowiedział młody Ślizgon i spojrzał pytająco na swojego rozmówcę.
- Bo widzisz… ja wiem. Wiem, że twój ojciec chce widzieć cię w szeregach Voldemorta.
Blondyn niespokojnie poruszył się na krześle przed biurkiem Dumbledore’a, a jego twarz spoważniała i jednocześnie wystąpił na nią cień strachu, że wszystko może się wydać, albo nawet już się wydało.
- Nie bój się. Nie mam zamiaru cię karać, ani robić nic innego poza ofertą pomocy tobie.
- Pomocy? – Draco nie bardzo wiedział o co może chodzić dyrektorowi. No bo niby jak ten mógł mu pomóc?
- Tak, pomocy. Zapewne wiesz, że znałem Toma Riddle’a, który obecnie znany jest ci jako Czarny Pan. Nie pochwalam tego kim się stał, zresztą pewnie jak każdy. Wiem, że nie chcesz stać się taki jak on. I tutaj właśnie oferuję ci pomoc. Tylko najpierw ty musisz mi powiedzieć dokładniej o swojej sytuacji, gdyż znam tylko pogłoski, a na podstawie tych, dużo nie zrobimy.
- Nie potrzebuję pana pomocy. Z całym szacunkiem, ale myli się pan. Wcale nie mam zamiaru stać się Śmierciozercą, a mój ojciec mnie do tego nie nakłania. – zaprzeczył stanowczo Malfoy, ale dyrektor najwidoczniej nie dał się zwieźć, bo po chwili zaczął:
- Draco, nie udawaj. Oboje wiemy, że to prawda, więc proszę cię, daj sobie pomóc.
Malfoy spojrzał na niego z lekką złością. Był zły. I to bardzo. Bo po pierwsze jak Dumbledore sobie to wyobrażał, pomoc jemu? To jest nierealne. Oczywiście, dyrektor Hogwartu był bardzo potężny, być może tak bardzo jak Voldemort. Ale Malfoy mimo wszystko nie chciał przyjmować pomocy od niego. Może nie tyle co nie chciał, a bał się. Bo co zrobi z ojcem? Jak mu to przekazać, skoro ten oświadczył mu już na peronie, iż jeśli otrzyma negatywną odpowiedź, Draco nie będzie już należał do rodziny Malfoy’ów.
Blondyn patrzył tępo w blat biurka, gdy tymczasem Dumbledore krzątał się po pomieszczeniu, zaglądając to tu, to tam, jakby doglądając czy wszystko w porządku. Ukradkiem oczywiście zerkał na Ślizgona, który rozmyślał zapewne nad propozycją. Albus nie chciał na razie naciskać chłopaka, musiał pozwolić oswoić mu się z tą myślą. Byle nie za długo.
- Przykro mi, ale nie mogę przyjąć pana oferty, bo nikt nie ma wobec mnie planów, w których miałbym stać się Śmierciożercą. – powiedział odważnie Draco, po czym wstał z krzesła, wyprostował się i spojrzał w oczy dyrektora. – A teraz, jeśli pan pozwoli, chciałbym się udać do dormitorium na odpoczynek przed jutrzejszymi zajęciami.
- Oczywiście, nie będę cię już zatrzymywał. Ale pamiętaj, że moja oferta jest nadal aktualna. I jeślibyś zastanawiał się nad moją propozycją, to wiedz, że jestem w stanie ci pomóc i chcę to zrobić. – powiedział Dumbledore i usiadł na swoim fotelu, patrząc jak uczeń wycofuje się z jego gabinetu.
Draco otworzył drzwi i zbiegł jak najszybciej się dało na korytarz, przez który kolejnie szybko szedł. Nie wiedział w jakim kierunku zmierza, pragnął tylko zostać sam, by nikt nie mógł go znaleźć, nawet koledzy. Chciał miejsca, w którym spokojnie zastanowi się nad tym co dalej.
Malfoy w końcu przystanął i rozejrzał się dokoła siebie. Nie znał tego korytarza, wisiały na nim obrazy, których nigdy wcześniej nie widział. Uznał, że to odpowiednie miejsca na rozmyślania, po czym oparł się o ścianę i osunął na podłogę. Schował twarz w dłoniach, ale nie płakał. Zastanawiał się nad swoim życiem i nad tym co by się z nim stało, gdyby przyjął ofertę Voldemorta.

***

- Ron, szybciej! Nie chcę tu zostać do nocy – poganiała przyjaciela Hermiona. Miała już dość chodzenia po korytarzach i sprawdzania, czy na którymś nie czają się uczniowie.
Ron natomiast, nie miał zamiaru szybko wracać do Pokoju Wspólnego, gdyż wiedział, że wtedy będzie musiał udać się do swojego dormitorium i tym samym, rozdzielić z Hermioną.
- Spokojnie, Hermiono. Zdążymy. – powiedział bez pośpiechu rudzielec i opieszale ruszył za pędzącą przed siebie panną Granger.
- Jeśli się nie pospieszysz, to dokończę patrol bez ciebie i cię tu zostawię samego. – zagroziła dziewczyna i nie oglądając się za siebie jeszcze bardziej przyspieszyła. Wiedziała, że po takiej groźbie, Ron na pewno przyspieszy.
Weasley rzeczywiście zaczął szybciej iść, ale dalej trzymał się lekko z tyłu. Chciał obserwować Hermionę, która była dla niego kimś więcej niż przyjaciółką, jednak bał się do tego przyznać.
Dwójka przyjaciół szła w ciszy, kiedy nagle Hermiona stanęła jak wryta z uśmiechem samozadowolenia.
- Mamy go! – powiedziała z radością dziewczyna i pospieszyła by sprawdzić kto jest za rogiem. Ron początkowo nie miał pojęcia skąd Gryfonka wiedziała, że ktoś tam jest, ale kiedy podszedł do miejsca, w którym ona stała wcześniej, zauważył blask światła. Ale nie takiego z lamp, tylko światła z różdżki. Chcąc nie chcąc na jego twarzy również pojawił się uśmiech. Co prawda nie spieszyło mu się opuszczać Hermiony, ale perspektywa złapania kogoś w tym roku po raz pierwszy była kusząca. Z tą myślą Weasley podbiegł do Hermiony, która znowu przystanęła, tym razem już za rogiem. Na jej twarzy jednak nie było zadowolenia, tylko raczej zdziwienie.
Ron spojrzał w stronę tego co powodowało ów grymas na twarzy dziewczyny i po chwili na jego twarzy pojawiło się to samo zdziwienie. Na podłodze siedział Malfoy, a obok niego leżała różdżka, płonąca małym światełkiem.
- Co ty tu robisz?! – wykrzyknęła Hermiona.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz